kubzlud pisze:Gubię się i sam nie wiem gdzie jestem.
Witam
Doskonale cie rozumiem i powiem ci nie jesteś sam. Doświadczam często podobnych stanów i to co napisze to tylko mój punkt widzenia wynikający z mojego doświadczenia. Według mnie bezradność i zagubienie to jeden z naturalnych stanów człowieka. Kiedyś miałem bardzo głęboką depresję i potrafiłem godzinami rozmyślać nad sposobami szybkiego skończenia ze sobą. Uratował mnie kumpel bo zabił się pierwszy i tak trafiłem na drogę „rozwoju”.
Żeby nie zanudzać niepotrzebnymi informacjami powiem tylko, że pod każdym moim problemem, dołem, kompleksem, wybuchem złości w koniec z końców dokopywałem się do głębokiego stanu bezradności i zagubienia, jak również potężnego oporu i obrony przed tym doświadczeniem. Doskonała obroną przed poczuciem bezradności okazała się złość i agresja która dawała iluzoryczne poczucie siły i kontroli. Im bardziej wybuchałem tym bardziej jak się później okazywało czułem się w danej sytuacji bezradny i zagubiony.
Nie ma nic złego w czuciu własnego zagubienia i bezradności, a wręcz odwrotnie przy dobrych wichrach ja znajduje w nim ulgę i wybawienie.
Jesteśmy uwarunkowani przez przodków, że trzeba sobie ze wszystkim radzić. Trochę mi zeszło za nim naprawdę pozwoliłem sobie zaistnieć w totalnej bezradności i własnym uczuciu zagubienia, dla niego samego , dla samego stanu czucia - zwykłego uczucia jakim jest bezradność i zagubienie.
Jak się przejdzie przez wszystkie własne i przejęte od innych lęki na temat bycia bezradnym to sam stan bycia w przestrzenia zagubienia i bezradności jest kojący. Odnajdujesz tam niewinność dziecka które nie wie , nie rozumie, nie widzi, nie zna, nie umie. I nawet ci do głowy nie przychodzi, że musisz coś wiedzieć umieć, rozumieć itd. Nie wiem dlaczego ale czuję wtedy totalne poczucie bezpieczeństwa opieki i miłość Ojca-Matki w jednym.
A najdziwniejsze jest to, że kiedy w tym stanie ja nie wiem, nie znam, nie rozumiem to On doskonale wie, zna i rozumie i nie musze wiedzieć tego, po prostu się dzieje samo.
Oczywiście to nie jest tak, że doświadczam tego non stop, po prostu zdarzają się takie chwile.
W większości po prostu czuje się tak samo zagubiony i bezradny jak wszyscy tylko, że już nie szukam tak panicznie wyjścia z tego doświadczenia wewnętrznego.
kubzlud pisze:czasem czuję jakbym nie miał mózgu i był kimś malutkim.
Czasami doświadczam stanu jak bym był punktem i nie ma niczego więcej, czy to cos podobnego?
kubzlud pisze:Nie czuje ciepła miłości, a Bardzo go potrzebuje.
Mam takie dziwne i ciekawe jednocześnie doświadczenie związane z brakiem miłości. Kiedyś czułem ten brak i myślałem, że mi go zaspokoi związek, a konkretnie no jak mnie w końcu ktoś pokocha!!! Niestety dostawałem paraliżu emocjonalnego na sama myśl o zbliżeniu się do dziewczyny wiec troszkę czasu minęło za nim w końcu przebrnąłem przez ten temat i poznałem tą jedyną.
W związku na początku było różnie i jakoś tak wychodziło ze ten brak przerodził się w brak seksu.
Zaliczałem się to tych facetów którym się cos po drodze posrało bo SEX=Miłość. Nie ma seksu – czyli już mnie nie kocha, nie chce i cały wzorzec odrzucenia rozrywa ci wnętrzności

A może też przez to, że zbliżenie dawało ten komfort i ulgę, że przez krótki czas nieczułem tego stanu jakby ssania na doświadczenie tego czegoś. Coś we mnie cierpiało z pragnienia, jakby usychało i aż piszczało z bólu za tym doświadczeniem – wydawało mi się ze chodzi o miłość –
Trochę zeszło za nim odkryłem, że sex nie łata tej pustki, chociaż jak teraz na to patrzę to po prostu moja wrażliwość się zwiększyła i przez to głębiej zacząłem doświadczać czego mi tak naprawdę brak, za czym tak naprawdę piszczy z bólu moja istota, dusza.
Teraz kiedy mam kochającą żonę od której doświadczam masę miłości, a która jest dla mnie jak najlepszy przyjaciel i wie o mnie rzeczy o których wolał bym zapomnieć

. I jest dziecko, które jak się pojawiało otworzyło we mnie potężny, nowy wymiar miłości o której w ogóle kiedyś bym siebie nie podejrzewał, że tak mogę i w ogóle jestem zdolny doświadczać – tu cały czas jestem w szoku. To po mimo tego wszystkiego jest pewien wymiar we mnie gdzie coś we mnie cierpi, usycha i czasami aż piszczy z bólu za… I już wiem, że nie ma tego w tym materialnym świecie, ani na tej planecie.
kubzlud pisze:A i co to do cholery lata przed moimi oczami? Czasem widzę różne kreski, wzorki przed oczami i one są ze mną zawsze niektóre są przezroczyste inne ciemne (tych jest mniej ok 2-3) Czasem zmieniają kształty. Najczęściej je widzę gdy patrzę na jasne przedmioty. Ale wiem że są przy mnie zawsze.
To akurat chyba wiem o czym mówisz, troszkę to wygląda jak byś kontem oka patrzył na życie pod mikroskopem. Mam też kilka takich kresek które jak patrzę na jasne światło, albo białą ścianę to je widzę. Niektóre z nich to po prostu zwykłe drobiny kurzu na oku przy mrugnięciu oka zmieniają położenie, albo znikają. A te stałe (o ile o tym samym mówimy, bo u mnie nie jestem w stanie na to popatrzeć bezpośrednio, tak jakby to uciekało przed bezpośrednim spojrzeniem na to, ale nie poza obręb widzenia) to po prostu są pewne zmiany w oku. Prawdo podobnie jakieś pęknięte naczynia, widzę je takie same cały czas, te same wzory od dzieciństwa. Możliwe ze każdy to ma, tylko nie każdy zauważa. To że je niektóry widzą może się też wiązać z wadą wzroku (krótkowidz, dalekowidz). Jednak nie sadzę, że to jakieś astrale

)
kubzlud pisze:Czuje się sam wśród ludzi których nie obchodzi miłość, piękno, życie... Przez co i mnie zaczyna zależeć na tym coraz mniej.
Tu popieram radę kolegi zmień towarzystwo, tu na forum na pewno nie ma takich ludzi, których by to nie obchodziło
