Autor: Marcin Fabjański
Leczy z ucieczki od życia, wikłania się w urojenia, podatności na szantaż moralny oraz tępego zasysania sądów i wartości z otoczenia.

Oto jak rodzą się w nas upiory: poddajemy się uniesieniom, a gdy mijają, nasz wyczerpany system nerwowy pogrąża się w smutku i beznadziejności. Potem z tych uniesień budujemy jaźń, a resztę przeżyć jak śmieci wyrzucamy poza nią. Odtąd będą prześladować nas jako wrogie środowisko. A my będziemy żyć, mszcząc się na tym środowisku. Resentyment, skutek zużycia siły nerwowej, to mieszanka trucizn: złości, chorobliwej drażliwości, pragnienia zemsty.
Widzimy, że ktoś się z nas śmieje. Nasza reakcja - śmiech, złość, kłótnia, zaciskanie pięści - zależy od tego, jaki popęd właśnie w nas dominuje. Pewnego dnia pewien mężczyzna runął na chodnik przed Nietzschem wśród okrzyków przerażonych kobiet. Filozof spokojnie postawił go na nogi i poszedł dalej. Gdyby jednak dzień wcześniej - pisał później o tej sytuacji - ktoś przepowiedział mu ten upadek, pewnie by nie zasnął, a gdyby do niego doszło, może nawet sam by zemdlał. Bo całą noc dokarmiałby w wyobrażeniach popędy takich właśnie, pełnych słabości, wydelikaconych reakcji.
Co się w nas neurotycznie uroi, co wzrośnie, wypiera zdrową, naturalną reakcję. Roimy siebie sobie samym i sobie nawzajem: "Ogromna większość ludzi przez całe życie nie czyni jednakże nic dla swojego j a, lecz jeno dla urojonego j a, które w mózgach otoczenia o nich się wytworzyło i im się udzieliło; skutkiem tego żyją wszyscy w obłoku nieosobistych, na wpół osobistych mniemań tudzież dowolnych, niejako poetyckich ocen, jeden w mózgu drugiego, ten zaś znowu w mózgach innych: szczególniejszy świat widziadeł, zdolny wszakże nadać sobie przytem tak trzeźwy wygląd!". Przetrwanie wymaga błędów myślenia, pisał Nietzsche. Zamrażamy krajobraz metafizyczny wokół nas, żeby nie stracić orientacji. Efektem jest fałsz, spaczenie, uogólnienie, "pamięciowe znaki stada", które budują nasz świat, już nie rzeczywistość. Autoterapia filozofią to między innymi świadomość tej fikcji.
Człowiek pospolity wierzy religijnie w to uproszczone ja i żeby jego złudzenie przetrwało, dokarmia jedne popędy, a głodzi inne. Tak wyhodowany "polip" z popędów decyduje o tym, czego doświadczamy. Widzimy to, co interesuje tego polipa, nie to, co widzielibyśmy, gdybyśmy byli bezstronni. "Nasze sądy i oceny moralne są obrazami i rojeniami nieznanego nam procesu fizjologicznego", świadomość - komentarzem do nieznanego tekstu, którym jest życie.
Nietzsche nie tworzył systemu filozofii ani nawet terapii. Raczej atakował pospolity umysł błyskotliwymi terapeutycznymi cięciami słownymi. Po partyzancku, bez wytaczania dywizji argumentów. Nawet biograf i namiętny badacz Nietzschego Walter Arnold Kaufmann czyta go tylko dla czystej przyjemności i by wystawić siebie samego na jego pasjonujące punkty widzenia. Nie po to, by rekonstruować jego filozofię, bo to ją strywializuje. Poza tym jest niemożliwe.
Wkładam do torby późne dzieła Nietzschego - "Wiedzę radosną", "Zaratustrę", "Poza dobrem i złem", "Antychrysta", autobiograficzne "Ecce Homo". Także niemiecki komiks o autorze tego wszystkiego. Chcę się naczytać Nietzschem. Upić nim podświadomość i zaczekać na to, co z niej wypłynie. Wychodzę na miasto.
***
Zwykli filozofowie uprawiają swoją dziedzinę myślą. Fryderyk Nietzsche uprawiał ją ciałem. Bycie filozofem jest dla niego serią aktów świadomości, wbrew żądaniom polipa impulsów. Jest stopniowalne. Filozofia to ciągłe dbanie o stan świadomości. Kiedy rano myję zęby, mogę być filozofem lub nim nie być. Zależy to od tego, jak odczuwam rzeczywistość. Czy zaplątuję się w jedną z gotowych, ale płaskich emocjonalnie opowieści, które tak chętnie podsuwa mi religia, zwyczaj, a zwłaszcza reklama? Czy odplątany z niej czuję bezpośrednio swoją biologiczność - istnienie i akty woli, które przeze mnie działają?
To ze względu na czucie Nietzsche porzucił Ryszarda Wagnera, którego podziwiał, dla "Carmen" Bizeta, o której pisał: "Ta muzyka wydaje mi się doskonała. Przychodzi lekka, płynna, toteż miła. Jest łaskawa, nie poci się". Widzę go, jak słucha opery Bizeta i cały się trzęsie, potem serią nagłych ruchów zrywa z siebie fantomowe pęta Wagnerowskiej opowieści. Wydobywa się z pajęczyny chrześcijańskiej historii o zbawieniu, bo Wagner tym właśnie mu podpadł, że stał się za bardzo chrześcijaninem, i staje odmieniony, wolny wobec całej natury, jak nadczłowiek, który właśnie wykluł się ze zwykłego szaraczka. Jest teraz całkowicie rozluźniony, jakby cały dzień ćwiczył jogę. Jego ścięgna są elastyczne, mięśnie gotowe do działania, ciało giętkie i mocne. Nie narzeka już na to (jak zwykł czynić), że Wagnerowskie nuty dławią jego płuca, żołądek, serce, jelita i zapychają gardło nieprzyjemnym ściskiem.
Tylko kiedy ucichną w nas wyświechtane opowieści, którymi karmi nas tradycja, możemy zacząć żyć filozoficznie, obecni w naszych ciałach i środowisku. Musimy uśpić w nas chrześcijańską litość wymierzoną przeciwko życiu, a obudzi się życie samo, w tym, no cóż, jego ciemne strony. Kiedy wyrwiemy naszą uwagę z umoralniającej opowieści, będziemy mogli wreszcie oferować ją własnym przeżyciom. W końcu każdy, kto podejmie ten wysiłek, rozkwitnie - jako filozof i jako zwierzę. Ukażą mu się wszystkie mikrodrgnienia duszy, na które nawet nie mamy nazwy w ludzkich językach. Nie sprzeciwiając się swoim instynktom, nie będzie podatny na halucynacje. Przestanie tworzyć fantazje.
Nietzsche: "Człowiek, to złożone, kłamliwe, kunsztowne i nieprzeniknione zwierzę, groźniejsze dla innych zwierząt raczej z powodu swej chytrości i roztropności niż z powodu swej siły, wynalazł czyste sumienie po to, aby rozkoszować się wreszcie swą duszą jako czemś niezłożonym...". To niezłożone coś ma wielką moc generowania pragnień. Dlatego cała kultura kręci się wokół ich tworzenia i zaspokajania albo przynajmniej stwarzania złudzenia, że są zaspokajalne. Stąd tyle reklam na ulicy: lody, solarium, odzież erotyczna, buty, gry komputerowe. Kredyty, gdyby ktoś nie miał chwilowo za co czegoś kupić. Temu niezłożonemu czemuś łatwo wepchnąć usługi i produkty, świeckie i religijne. Wymyślone i zestawione w pakiety atrakcyjne dla wykarmionego kulturowymi przesądami polipa instynktów.
I tak - powie Nietzsche - wszyscy nieświadomie służymy zachowaniu gatunku. Oto młoda matka dumnie pcha włoski wózek wart cztery tysiące złotych. Myśli, że dziecko w wózku jest jej, tak jak sam ten wózek. Ale to dziecko należy do przyrody. Ona sama też jest jej niewolnicą. Urojone ja kazało jej zarabiać na wózek, odżywki, ubrania i zapobiegliwie chronić to niemowlę bez dbania o koszty z jej strony. Tydzień po tygodniu wstaje w nocy, karmi, zmienia pieluchy. Jeśli będzie trzeba, poświęci dla dziecka zdrowie, a może nawet życie. Myśli, że chroni je dla siebie, ale robi to dla przedłużenia gatunku.
***
Kto mało posiada, ten mniej będzie posiadany - powiedziałby Nietzsche współczesnym tytanom kariery i władcom tysięcy rzeczy niepotrzebnych. I dorzucił, że bezmyślna praca jest najlepszą policją: wikła ludzi w sieć uzależnień, wysysa z nich siły witalne i sprawia, że łatwo nimi sterować. Człowiek traci "wewnętrzną wartość", już sobą nie rozporządza, czuje odrazę do siebie, jak do "zwietrzałego napoju". Przestaje odczuwać "pogodne szczęście człowieka poprzestającego na małem".
Nie przejmował się posiadaniem, ale nie musiał. W wieku 24 lat został wykładowcą uniwersytetu w Bazylei, na dziesięć lat, a kiedy zostawił posadę z powodu słabego zdrowia, zachował uniwersytecką rentę. Oddał obywatelstwo niemieckie, nie przyjął szwajcarskiego i ruszył w podróż po południu Europy, gdzie napisał swoje najlepsze książki. Rankiem 3 stycznia 1889 roku (miał 44 lata) na Piazza Carlo Alberto w Turynie widzi, jak woźnica okłada batem konia. Koń pada. Nietzsche obejmuje szyję zwierzęcia, sam pada na ziemię i traci zdrowie psychiczne. Na YouTubie można obejrzeć 90-sekundowy filmik, na którym Nietzsche wpatrzony pustym wzrokiem w dal buja się na fotelu. Jego dłoń, wygięta w skurczu niczym u kurczaka, drży. Film pochodzi z ostatnich lat życia Nietzschego, gdy stał się ciekawostką udostępnianą zainteresowanym przez jego siostrę Elisabeth w willi w Weimarze. Kobietę, która potem tak zredaguje jego pisma, by móc dać je w darze nazistom jako podbudowę ich wynaturzeń. Tę samą, która podaruje Hitlerowi kilka pamiątek po Nietzschem i na której pogrzeb przyjdzie Hitler.
Czy sam Nietzsche wykonał kiedyś ćwiczenie autoterapeutyczne, które - jak pisał - sprawia, że człowiek musi kochać samego siebie i życie, czy proponował je tylko czytelnikom? Takie ćwiczenie: "A gdyby tak pewnego dnia lub nocy jakiś demon wpełznął za tobą w twą najsamotniejszą samotność i rzekł ci:Życie to, tak jak je teraz przeżywasz i przeżywałeś, będziesz musiał przeżywać raz jeszcze i niezliczone jeszcze razy, i nie będzie nic w niem nowego, tylko każdy ból i każda rozkosz, i każda myśl, i westchnienie" Co by to zmieniło? Czy zmieniłoby to ciebie? Czy przywróciło cię chwili obecnej i otwarło na prostą radość istnienia?
Dużo myślał o szaleństwie, zanim jeszcze w nie popadł. Pisał: "Przeciwieństwem świata obłąkańców nie jest prawda i pewność, lecz powszechność i wszechobowiązkowość jakiejś wiary, słowem, brak dowolności w sądzeniu". Obłęd i pospolitość to dla Nietzschego dwie odmiany choroby psychicznej, położone na jej przeciwległych krańcach. Ten drugi rodzaj obłędu jest zbiorowy, więc niewidzialny. Zdrowy psychicznie jest tylko filozof, który potrafi zakwestionować zbiorową hipnozę pospolitości. Legenda głosi, że przyczyną choroby Nietzschego był syfilis, którego nabawił się jako licealista w burdelu albo jako sanitariusz na wojnie. Skandynawscy naukowcy stwierdzili jednak niedawno, że cierpiał na otępienie czołowo-skroniowe, co tłumaczyłoby niemożliwe przy syfilisie przebłyski całkowitej klarowności umysłu. I to, że dożył 56 lat.
***
A co, gdyby to tutaj z gór przybył wyzwolony z resentymentu bohater Nietzschego Zaratustra? Na plac Wolności w Poznaniu? Czy zobaczyłby wolnych ludzi, takich, jakich przyjście głosił ten, kto go wymyślił w roku 1883? Czy chorych na złość, chorobliwie drażliwych, pragnących zemsty?
Patrzyłby na ludzi z zewnątrz spokojnych, idących w swoich celach chodnikiem albo pijących w kawiarniach popołudniowe latte. Nie wymieniają życzliwych spojrzeń, ale też nie warczą na siebie (czy dlatego, że są znieczuleni?). Zaratustra mógłby przeczytać w raportach dzisiejszych psychiatrów, że co czwarty z nich - choć nie przyzna się do tego nawet przed sobą - cierpi na zaburzenia psychiczne: omamy, fobie, ataki paniki. Że kolegami z korporacji zastąpił rodzinę, a przyjaciół ma głównie na Facebooku. Bohater Nietzschego nie szokowałby dzisiaj prawdą, którą odkrył w górach, że "Bóg umarł". Ale pewnie zdziwiłby się, jak niewiele śmierć Boga w umysłach ludzi zmieniła. Nietzsche: "Pojęcie Boga wynaleziono jako przeciwieństwo pojęcia życia... [P]ojęcie zaświata, świata prawdziwego wynaleziono, by pozbawić wartości świat j e d y n y, jaki mamy... [P]ojęcie duszy, ducha, w końcu zwłaszcza jeszcze duszy nieśmiertelnej wynaleziono, by pogardzać ciałem...".
Nie wierzymy dzisiaj z taką łatwością w zaświaty, lecz wyzwolenie z tej wiary nie wystarczyło, żebyśmy powrócili do własnych ciał. Nietzsche pisał: "Zbawienie duszy - po naszemu: świat obraca się wkoło mnie". Dzisiaj o chrześcijańskim zbawieniu nie myślimy na chodnikach i w kawiarniach, ale świat wciąż obraca się wokół nas. Gdy idę ulicą, prawie nie jestem świadomy, że idę. Szukam łapczywie moich małych nieb: kawy, gazety, kojących myśli. Jestem istotą, której życie, jak zauważył Nietzsche, oblicza się na kilkadziesiąt lat - nie mogę mieć świadomości ogromu kosmosu. Musiałem wymyślić sobie swoje małe nieba, żeby spacyfikować nieskończoność. Czy nie mógłbym po prostu iść?
Zobaczyłby dzisiaj Zaratustra u ekonomistów znany mu dobrze "instynkt teologicznej pychy" - patrzenie na rzeczywistość z wyższością i obcością oraz handel szczęściem. "Każdy rodzaj wiary jest sam wyrazem wyzucia się z siebie, zobojętnienia na siebie" - pisał Nietzsche. Teraz, zaglądając do biurowców, zobaczyłby Zaratustra tych zobojętniałych, nawet na siebie samych, a przynajmniej na to w nich, co nie jest ambicją. Nietzsche: "Zaczyna się od tego, iż przestaje się kochać innych, a kończy się na tem, że nie znajduje się już w sobie nic miłości godnego". Czy wśród ciżby w centrum handlowym miałby wrażenie, jakby "chciano go wygnać z jego wnętrza"? Póki istnieje ego, pisał, każde działanie jest transakcją, a dotarcie do prawdy - niemożliwe.
***
Dobro i zło są dla Nietzschego jak widelec i nóż, którymi pastwimy się nad życiem, wyrywając boleśnie jego tkankę, żeby móc je łatwiej strawić. Żyć powinniśmy poza dobrem i złem, ale to może oznaczać niestrawność. Moralna opowieść w stylu chrześcijańskim jest strawną, ale mdławą budyniową papką. Nietzsche namiętnie uderza w chrześcijaństwo - przemieniło bogów miłości Erosa i Afrodytę w piekielne mamidła. Nałożyło męki sumienia na każdy przejaw płciowości. Równie dobrze może uderzać w sprzedawców i finansistów. Chrześcijaństwo z "koniecznych odczuwań" seksualnych zrobiło źródło niedoli, reklama - źródło kompulsywnego kupowania. "Uśmiechnięta niedbałość o grozę wiary" to postawa filozofa wobec kapłanów, którzy stworzyli zaświaty wiecznego szczęścia i udręki, ale też kapłanów marketingu, od których nieba dzieli nas tylko wyciągnięcie z portfela karty kredytowej.
By się im oprzeć, potrzebna jest troska o świadomość, czuwanie, utrzymywanie duszy w spokoju. "Radość bez kosztownego poszukiwania rozrywek; praca południowa, nieznojna; brak zgryzot sumienia...". Filozof "chadza, jada, pija i sypia w tej mierze, iż duch jego staje się coraz spokojniejszym, jaśniejszym i silniejszym; raduje się swoim ciałem; nie ma powodu się go obawiać; nie potrzebuje towarzystwa... Powinno nas uspokajać samo życie, a nie to, co po nim" - oto dostrojenie do procesu życia w wydaniu Nietzschego.
Znowu idę ulicą i nie myślę nawet o tym, co napisał Nietzsche. Jego książki w torbie służą mi tylko jako pomoc w wyraźniejszym odczuwaniu siły grawitacji. Znaczą tyle, ile ważą. Patrzę, jak myśli odbijają się od ciała, niezdolne, by uwieść moją uwagę swoimi opowieściami. W moim przyciężkawym ciele zderza się teraz porządek ego i porządek natury. To uwaga może decydować, który z nich wybrać. Czuję, jak ciało z doznań - ciężaru, nacisku, ruchu, tarcia - oddziela się od ciała z emocji. Mam teraz pewność, że niepokój i odczuwanie grawitacji nie mogą się pojawiać w moim polu uwagi jednocześnie, z tą sama siłą. Gdy jedno z nich jest przedmiotem mojej uwagi, drugie staje się najwyżej tłem. Im dłużej jestem z doznaniami, tym bardziej w tle wzmacnia się spokój. Nie muszę szukać innego nieba. Zdaje mi się, a może naprawdę tak się dzieje, że w moim polu doświadczania pojawia się niewyraźnie jakaś nowa rzeczywistość. Taka, dla której ruch jest treścią, a myśli - tłem.
Czy Fryderyk Nietzsche - filozof, który spisywał swoje aforyzmy, chodząc, by rytm ruchu koił jego obolałe ciało - robił kiedyś takie ćwiczenia? Czy jego spacery były wyrazem miłości człowieka do przejawów życia w nim samym? Czy widział dzięki temu, że miłość bez zwracania uwagi jest pusta albo tylko deklaratywna? Czy porzucił konwencję, według której po mieście chodzi się raczej szybko i w jakimś celu?


