zastanawiam się czy ktoś z was był całe życie szczęśliwy (no powiedzmy żył bez większych problemów) i zaczął się rozwijać duchowo "mimo to"?
Kwestia tego jak ktoś interpretuje swoje doświadczenia. Mi się wydaje, że są 2 grupy ludzi. Ci co chcą przy pomocy RD rozwiązać jakieś swoje problemy i tacy, którzy w pewnym wieku zorientowali się, że miejsce do którego biegną jest nieosiągalne. Ja potrzebowałem pomocy, aczkolwiek RD na tamten czas nie był dobrym pomysłem, choć dzisiaj jak najbardziej

.
czy bodźcem do zainteresowania się tematyką duchową nie był jakiś dół (egzystencjonalny?)
W rzeczy samej

aczkolwiek ten głód jest w nas wpisany, czasem czeka na uwolnienie...
Rozwój dla mnie jest czymś naturalnym, trzeba jedynie nadać mu właściwy kierunek... Warto zadawać pytania dlaczego, lecz nie na wszystkie znajdziemy odpowiedź, mnie przy RD trzyma ta "ściana niewiedzy".