Dziwny problem...
: 25 grudnia 2008, o 11:46
Liczę się z tym, że gotowych rozwiązań problemów nie ma, że za uporanie z własnymi w pierwszym rzędzie odpowiada osoba, której dotyczą, chciałabym jednak poznać, jeśli nie życzliwe sugestie i rady, to przynajmniej pewne spojrzenie "z boku", z dystansu, za jakąkolwiek formę pomocy będę Wam wdzięczna.
Biorąc pod uwagę to, co mam w życiu, nie powinnam szczególnie narzekać. Mam rodzinę z którą łączą mnie dość pozytywne relacje, kilku bliskich przyjaciół, z którymi rozmawiać mogę o (prawie) wszystkim, studia na których bez wielkiego wysiłku radzę sobie bardzo dobrze (z uwagi na zmianę zainteresowań naukowych zamierzam podjąć inny, z którym najprawdopodobniej zwiążę też przyszłość zawodową), od jakichś ośmiu miesięcy jestem w związku, który określiłabym jako przynoszący wiele emocjonalnej satysfakcji. Mam także kilka zainteresowań i trochę poglądów do których nie podchodzę ze śmiertelną powagą ;).
Na czym więc polega "problem"? Gdybym umiała prawidłowo go zdefiniować, byłabym o krok od jego rozwiązania. Wydaje mi się, iż nie jest to problem, który dałoby się określić w kategoriach psychologicznych/psychiatrycznych, potrafię się cieszyć chwilą, poczucie humoru nie opuszcza mnie w zasadzie nigdy, nie czuję się więźniem lęków czy traumatycznych doświadczeń. Mogę powiedzieć, że w pewnych okolicznościach potrafię mieć naprawdę silną wolę (stosunkowo łatwo było mi np. rzucić palenie). Jeszcze jakieś dwa, trzy lata temu, zajmując się intensywnie poznawaniem siebie, wiele rzeczy robiłam wyłącznie aby przekonać się, że nie stanowią dla mnie bariery. Patrząc z perspektywy czasu widzę, że wiedza na temat mojego "mogę" nie powiedziała mi zbyt wiele na temat "chcę". Wiele wyborów, dokonywanych czy też niedokonywanych, wydaje mi się arbitralnych, a do żadnego nie odczuwam szczególnego emocjonalnego przywiązania; emocje są czymś co przeze mnie przepływa, ale nie odbieram ich jako "własne". Reasumując: mam przeświadczenie, że potencjalnie mogę podążać wieloma różnymi ścieżkami, podjąć wiele różnych, pojedynczych wysiłków, brakuje mi jednak silnego wewnętrznego poczucia, że wybrana droga ma jakikolwiek sens w znaczeniu bardziej osobistym niż zimne intelektualne stwierdzenie. Czasem czuję się jak wielka minimalistka, doświadczam odczucia, że bez bólu potrafiłabym wyrzec się wszystkiego tego, co mam. A równocześnie mam poczucie, że to, co mam w życiu, skądinąd pozytywne i na pewnych płaszczyznach satysfakcjonujące, nie jest jeszcze samorealizacją. Frustruje mnie to, że z ww. względów nie jestem w stanie w sposób konsekwentny pokierować własnym rozwojem (w którym też de facto nie wiem, o co by mi chodziło). Trochę tak, jakby mojemu życiu brakowało myśli przewodniej, ale też pewnej "głębokości".
Jeszcze nie tak dawno temu było ze mną inaczej (jeszcze jakiś rok, półtorej roku temu wydawałam się samej sobie, upraszczając, o wiele bardziej wewnętrznie "poukładana") i zastanawiam się, czy moje problemy nie wynikają z czegoś, co mogłabym nazwać duchowym lenistwem i wycofywaniem się z aktywnego poszukiwania sensu własnego życia. Między 14 a 18 rokiem życia deklarowałam się jako ateistka, potem narodziła się we mnie wiara w coś co mogłabym określić jako bardzo abstrakcyjnie określony Absolut, w chwili obecnej jednak wiara ta nie ma wpływu na moje życie. Mam poczucie, że moje problemy dotyczą właśnie tego rodzaju kategorii, duchowo-egzystencjalnych poszukiwań; że to czegoś "wyższego" mi brakuje. Był czas, kiedy fascynował mnie buddyzm, thelema, nigdy bardzo długo czy konsekwentnie nie zajmowałam się mentalnymi ćwiczeniami (były to okresy pełne nadziei i czegoś niedefiniowalnego, acz wyraźnie pozytywnego co odczuwałam) myślę, że nie powinnam tego wątku przemilczeć bo może to być związane ze stanami, których doświadczam.
Będę wdzięczna za opinie, sugestie, rady... postaram się też odpowiedzieć na każde Wasze pytanie.
Biorąc pod uwagę to, co mam w życiu, nie powinnam szczególnie narzekać. Mam rodzinę z którą łączą mnie dość pozytywne relacje, kilku bliskich przyjaciół, z którymi rozmawiać mogę o (prawie) wszystkim, studia na których bez wielkiego wysiłku radzę sobie bardzo dobrze (z uwagi na zmianę zainteresowań naukowych zamierzam podjąć inny, z którym najprawdopodobniej zwiążę też przyszłość zawodową), od jakichś ośmiu miesięcy jestem w związku, który określiłabym jako przynoszący wiele emocjonalnej satysfakcji. Mam także kilka zainteresowań i trochę poglądów do których nie podchodzę ze śmiertelną powagą ;).
Na czym więc polega "problem"? Gdybym umiała prawidłowo go zdefiniować, byłabym o krok od jego rozwiązania. Wydaje mi się, iż nie jest to problem, który dałoby się określić w kategoriach psychologicznych/psychiatrycznych, potrafię się cieszyć chwilą, poczucie humoru nie opuszcza mnie w zasadzie nigdy, nie czuję się więźniem lęków czy traumatycznych doświadczeń. Mogę powiedzieć, że w pewnych okolicznościach potrafię mieć naprawdę silną wolę (stosunkowo łatwo było mi np. rzucić palenie). Jeszcze jakieś dwa, trzy lata temu, zajmując się intensywnie poznawaniem siebie, wiele rzeczy robiłam wyłącznie aby przekonać się, że nie stanowią dla mnie bariery. Patrząc z perspektywy czasu widzę, że wiedza na temat mojego "mogę" nie powiedziała mi zbyt wiele na temat "chcę". Wiele wyborów, dokonywanych czy też niedokonywanych, wydaje mi się arbitralnych, a do żadnego nie odczuwam szczególnego emocjonalnego przywiązania; emocje są czymś co przeze mnie przepływa, ale nie odbieram ich jako "własne". Reasumując: mam przeświadczenie, że potencjalnie mogę podążać wieloma różnymi ścieżkami, podjąć wiele różnych, pojedynczych wysiłków, brakuje mi jednak silnego wewnętrznego poczucia, że wybrana droga ma jakikolwiek sens w znaczeniu bardziej osobistym niż zimne intelektualne stwierdzenie. Czasem czuję się jak wielka minimalistka, doświadczam odczucia, że bez bólu potrafiłabym wyrzec się wszystkiego tego, co mam. A równocześnie mam poczucie, że to, co mam w życiu, skądinąd pozytywne i na pewnych płaszczyznach satysfakcjonujące, nie jest jeszcze samorealizacją. Frustruje mnie to, że z ww. względów nie jestem w stanie w sposób konsekwentny pokierować własnym rozwojem (w którym też de facto nie wiem, o co by mi chodziło). Trochę tak, jakby mojemu życiu brakowało myśli przewodniej, ale też pewnej "głębokości".
Jeszcze nie tak dawno temu było ze mną inaczej (jeszcze jakiś rok, półtorej roku temu wydawałam się samej sobie, upraszczając, o wiele bardziej wewnętrznie "poukładana") i zastanawiam się, czy moje problemy nie wynikają z czegoś, co mogłabym nazwać duchowym lenistwem i wycofywaniem się z aktywnego poszukiwania sensu własnego życia. Między 14 a 18 rokiem życia deklarowałam się jako ateistka, potem narodziła się we mnie wiara w coś co mogłabym określić jako bardzo abstrakcyjnie określony Absolut, w chwili obecnej jednak wiara ta nie ma wpływu na moje życie. Mam poczucie, że moje problemy dotyczą właśnie tego rodzaju kategorii, duchowo-egzystencjalnych poszukiwań; że to czegoś "wyższego" mi brakuje. Był czas, kiedy fascynował mnie buddyzm, thelema, nigdy bardzo długo czy konsekwentnie nie zajmowałam się mentalnymi ćwiczeniami (były to okresy pełne nadziei i czegoś niedefiniowalnego, acz wyraźnie pozytywnego co odczuwałam) myślę, że nie powinnam tego wątku przemilczeć bo może to być związane ze stanami, których doświadczam.
Będę wdzięczna za opinie, sugestie, rady... postaram się też odpowiedzieć na każde Wasze pytanie.
-czyli Ciebie-twoją Prawdziwą Naturę.
.