wczoraj chyba oszalałem. Tzn. zapiłem sam z siebie. zdnerwowała mnie mama i zacząłem głupio myśleć, że mam "wye..." na wszystkich dookoła i pod prysznicem zapytałem sam siebie czy na siebie też mam "wye...." i odpowiedziałem tak i chyba zakpiłem z siebie. trwało to krótko, ok. 2 sekund. ogarnął mnie lekki śmiech, kpiący chyba z siebie- i to jest chyba oznaka szaleństwa. Dziś byłem u psychiatry. a wcześniej na stacji paliwowej i później w aptece po prostu się zaczynałem śmiać. Myśli miałem- za chwilę wszyscy będziemy na tym samym poziomie. bo to chyba ta jest, tam gdie głupi to reszta też wariuje...
W niedzielę chrzest syna siostry. gdzieś trzeba się będzie ulotnić no chyba, że coś mi się zmieni, może po lekach "zalasta". następny termin za 2 tyg. nie wiem czy dotrwam bo obecnie uświadamiam sobie, że nie warto się tak męczyć i myślę o pon jako o dniu ostatecznym

Coś pozytywnego na sam koniec?- wychodząc z budynku od psychiatry, otwierając drzwi pomyślałem "odmieniony". Nieprzegotowanie, nieświadomie to powiedziałem, z wiarą. I po otwarciu drzwi widziałem świat "normalnie". Pojawił się uśmiech a za chwilę znów to utraciłem z powodu chyba słabej wiary. Widziała to kobieta (fajna laska) idąca za mną i wiem, że widziała mnie jako tego zdrowego, fajnego gościa.
No cóż. jak dotrwam do wtorku to się odezwę, jak mnie tu nie zobaczycie to będzie oznaczać najgorsze
PS- chyba nadzieja we mnie już umarła. Nie "czuję jej"
Wrócę do wcześniejszych wypowiedzi. Trzeba nam pozytywnego myślenia. Przez pół życia ludzie nas krytykują, nauczyciele w szkole, ciągle czegoś nie mamy, ciągle nie jesteśmy szczęśliwi, bo nie mamy produktów z reklam, które próbuje się nam wmówić że są niezbędne. To nieprawda że pieniądze dają szczęście. Trzeba nam mówić sobie dobre rzeczy i uśmiechać się do ludzi. Ile ludzi przypadkowo na ulicy jest zadowolonych?