O cierpieniu. (według FM)

Droga świadomości - Inspiracje, teksty i artykuły.
Awatar użytkownika
Prometeusz
Posty: 1615
Rejestracja: 21 marca 2008, o 15:56
Reputacja: 0
Płeć: M
Kontaktowanie:

O cierpieniu. (według FM)

Postautor: Prometeusz » 17 sierpnia 2015, o 20:29

KOMPENDIUM POWSTAŁE, POD WYPŁYWEM WYPOWIEDZI W TYM TEMACIE:
-> viewtopic.php?f=19&t=3040

Owy tekst składa się z zmodyfikowanych wypowiedzi jakie wyłoniły się z dyskusji w poprzednim temacie. Tekst nie do końca ma służyć jako poradnik, czy też jako coś co kompleksowo wyjaśnia omawiany temat cierpienia. Jest to raczej pewien rodzaj apelu, wskazówki w którym kierunku (wg. mnie) powinno kierować się myślenie. Szczegóły oraz szersze omówienie, trzeba szukać w dyskursie akademickim lub w relacji osoby tutora z osobą zainteresowaną zdobyciem wiedzy i kompetencji. W swoim podejściu skupiam się na przedstawieniu perspektywy na to co jest rzeczywiste i nad czym można pracować.

Wszelką krytykę kierujcie we wpisach w poprzednim temacie (z linku u góry) tu nie chcę jej widzieć. Jeśli się pojawi będzie przekierowywana lub kasowana, a jeśli będzie się powtarzać to wyciągną odpowiednie konsekwencje do nieuszanowania prośby. Znajdą się ludzie, którzy będą chcieli zaatakować mój punkt widzenia, niekoniecznie słusznie. Jeśli coś będzie wstanie poprawić mój wykład, to z tego z korzystam. Na całą resztę wynikającą z ego i ignorancji osoby krytykującej mam po prostu wystawiony środkowy palec. :)

Jestem po studiach o specjalności resocjalizacja. Samodzielnie ustawicznie się dokształcam. Przerobiłem setki godzin wykładów akademickich dostępnych online, znam i korzystam z fachowej literatury. Nie znaczy to jednak, że będę się posługiwał językiem nauki. Wolę używać ludzkiego przekazu. Co może najważniejsze - czuję się ze swoją wiedzą bardzo dobrze. Jest ona we mnie ugruntowana po przez głębokie zrozumienie i wcielenie w życie. Nie uczyniła mnie ona jednostką idealną. Zapewniam, że nie mam nawet ochoty kreować się na zidiociałego, do bólu asertywnego, komunikatywnego guru, który będzie wam głosił jak żyć. Nic z tych rzeczy.

Zapewnić mogę was o tym, że wypracowałem sobie spójny światopogląd, który zapewnia mi siłę egzystencjalną. Oparty jest on na nie kończącym się procesie. Więc nie jest on pełny, nie jest on skończony, jest on otwarty na ulepszające go zmiany, ale jest oparty w moim odczuciu na najlepszej dostępnej obecnie wiedzy. Kto chce ten skorzysta, kto nie chce... ja nie zmuszam.

Czym jest doświadczenie teraźniejszości

Doświadczamy teraźniejszości, lecz w swojej istocie jest to interpretacja układu nerwowego na temat przeszłości. Poczucie, że coś dzieje się teraz, a czas teraźniejszy to dwie różne sprawy. Jednym z aspektów tego zagadnienia to pojawianie się nie tego co się wydarza, ale "reprezentacji" tego w formie doświadczenia.

Pomyśl sobie o tym w ten sposób, jak dotkniesz swojego nosa, to w innym czasie to widzisz i w innym to czujesz (szybkość przechodzenia sygnałów i długość ścieżek neuronowych), ale wydaje Ci się, że dzieje to się na raz. Tak nie jest. W teorii o systemach informatycznych nazywamy to - "systemem czasu rzeczywistego". Gdzie informacje pojawiające się niejednocześnie są kompilowane w jedną reprezentacje.

Dlaczego ważne jest uświadomienie sobie tego?

Mimo, że nie przepadam za Ekhartem Tollem (tak jak za innymi guru) to część z jego porad wpływa na nas bo ma znaczenie psychologiczne. Swoje nauki kieruje on właśnie do tego omówionego wyżej pokrótce mechanizmu. Tak jak doświadczenie (czasu) ma swoją reprezentację, tak samo wszystko czego jesteś kiedykolwiek w stanie być świadomym jest również reprezentacją.

Można to przyrównać do hologramu, lub obrazu wyświetlanego na projektorze. Elementy "pod i nad" nazywamy często myśleniem. To co możemy określi jako "siebie", "mnie", "ja", "moje", "bycie", "świadomość" to w zasadzie są to myśli, a dokładniej "myśli o myśleniu". Możemy tego doświadczać bo mózg wypracował sobie na drodze ewolucji funkcję samoświadomość - metakognitywnego poznania - świadomości życia wewnętrznego organizmu.

Na potrzeby naszego tematu nie musimy rozstrzygać o naturze subiektywnego poznania. Jest to dla nas dalej tajemnicą, ale mogą się mylić się Ci co dopisują to do systemu magicznych znaczeń. Z punktu widzenia dostępnej wiedzy "obraz ten" jest czymś generowanym, a nie pierwotnym, choć nawet jeśli przyjmiemy założenie, że obraz też jest czymś pierwotnym, to niczego to nie zmienia i nie dodaje do naszej teorii jakiegoś znaczącego sensu. Jeśli zaczniemy grzebać przy tym projektorze, regulować go to "obraz ten" będzie zmieniał swoje cechy i właściwości reprezentacyjne.

Weźmy prosty przykład. Jeśli się relaksujesz lub medytujesz. To zmienia się rytm impulsów jakie przepływają przez twój układ nerwowy w tym mózg, a także stymulowane są inne połączenia tych nerwów, co w rezultacie daje inne samopoczucie np. możemy poczuć się uskrzydleni, mieć wrażenie unoszenia ciała, lub jego zanikania itd itd. Możliwości jest wiele.

Idąc dalej w konsekwencjach tego spojrzenia. Nie można dostrzec w środku nas duszy lub jakiegoś malutkiego ludka, który by tym wszystkim sterował, czy jakiegoś innego wyprodukowanego przez fantazję ludzką bytu, bo to wszystko jest myśleniem, mentalną projekcją/reprezentacją czasu rzeczywistego. Konstrukt ja to konstrukt myśli, który jest generowany przez strukturę psychiczną.

Jeśli to wszystko uświadomiliśmy, to dzięki temu możemy rozmawiać o właściwościach tego, oraz o tym jak funkcjonuje podczas swojego działania. Kiedy zaczniemy po raz drugi analizować słowa Tolla, możemy je odnieść do znajomości tego mechanizmu i dostrzec, że jemu nie chodzi o nic innego jak jego modyfikację - by dokonać takiej zmiany (możemy myśleć o tym jak o regulacji nasze projektora, zmiany jego struktury, przeprogramowania komputera jakim metaforycznie jest nasz mózg). Omówmy podstawowe twierdzenia:

"the most significant thing that can happen to a human being [is] the separation process of thinking and awareness"

Tolle zwraca tu uwagę na relację pomiędzy dwoma rodzajami myślenia - myślenia zwyczajnego, pojawiających się treści w umyśle takich jak obrazy, lub wewnętrzny dialog, a myśleniem, które jest subtelniejsze (jakby innego rodzaju) i które ma wpływ na to pierwsze czyli - uważność.


and that awareness is "the space in which thoughts exist".

Uważność nazywa przestrzenią w której myśli mogą istnieć. Jest to metafora, która bardzo dobrze współpracuje z naszym doświadczeniem, lecz z punktu widzenia nasze teorii, myśli istnieją również bez tej przestrzeni np. u mniej złożonych psychicznie zwierząt. My natomiast istoty wyposażone w funkcję samoświadomości mamy myśli o myślach, które doświadczamy jako "ja", "przestrzeń", "uważność".

Wiem, że myśląc o tym pierwszy raz sprawa wydaje się trochę skomplikowana. Lecz wystarczy omówić pewne przykłady zaburzenia tych procesów, aby zacząć pomału rozumieć sztuczkę jaka jest zawarta w świadomości. (wybaczcie nie będę szukał literatury do następującego przykładu, ale takich i innych przykładów jest opisanych pełno np. w książkach Daniela Dennetta, lub w książce "Płonący Dom")

Pewien człowiek miał uszkodzenie mózgu, które sprawiało, że nie widział on pewnych rzeczy. Mogła przelatywać obok niego piłka i on nie mógł stwierdzić, że ją widzi - realnie jej nie widział. Jednak gdy ta piłka lecąc miała uderzyć w niego to się przed nią uchylał, ale nie mógł wytłumaczyć dlaczego to zrobił. Mówiąc krótko w jego świadomej reprezentacji nie było tej piłki, natomiast istniała ona realnie i mózg przetwarzał informacje o lecącej piłce. Jak wynika z różnych eksperymentów nawet przy normalnym funkcjonowaniu człowieka istnieje mnóstwo elementów w otoczeniu na które reagujemy, a których nie jesteśmy świadomi, omija to całkowicie nasze świadome doświadczenie, ale nie omija to naszego mózgu.

Ale wróćmy znów do Tolla:

"the primary cause of unhappiness is never the situation but your thoughts about it".

"Przyczyną dla której jesteśmy nieszczęśliwi nie jest sama sytuacja, ale nasze myśli o niej"

My pomyślimy o tym w ten sposób: to z czym się spotykamy, to jakieś bodźce, czy to wewnętrzne czy zewnętrzne, to sytuacja która się wydarza. Dla samego mózgu jest ona neutralna, gdyż jest on po prostu takim dużym zaawansowanym kalkulatorem przetwarzającym dane. W świadomość cierpienia i nieszczęścia dopiero, wtedy dołączymy do tego swoje zaprogramowane na taką emocje interpretacje => projekcje.

Są różne rodzaje sytuacji i czynników. Człowiek przesiąknięty takimi stanami cierpienia i szczęścia, który jeszcze nie przebudził się na tą wiedzę, będzie traktował swój problem na większy niż w rzeczywistości jest i będzie uważał, że nie będzie mógł tego "ot tak po prostu zmienić" dlatego, że nie może sobie poradzić z emocjami towarzyszącymi. Lecz uważam, że to też tylko kolejne blokujące przekonanie.

W rzeczywistości można wybrać dowolną rzecz i zacząć o niej myśleć inaczej, zmienić swoją wrażliwość JA na dany czynnik i ostatecznie uwolnić się od cierpienia. Dla wielu osób ból zęba jest jednym z najbardziej dotkliwych bólów i nie wyobrażają sobie z nim czekać. Parę lat temu, miałem sytuację, w której nie miałem bardzo potężny ból zęba i brak dostępu do dentysty. Na wizytę miałem czekać 3 dni. Owszem bolało jak cholera, lecz miałem okazję nauczyć się kontrolować swój ból to raz, a dwa wyłączyć cierpienie. Ból jaki się wydobywał z nerwu zęba potraktowałem jak po prostu zwykłe odczucie, jako coś co jest. Zacząłem nawet się na nim koncentrować i nurkować świadomością w samo jego centrum. Doświadczenia były totalne, ale wcale nie przykre. Nie cierpiałem, gdyż nie robiłem z tego uczucia więcej niż to czym ono było, a było po prostu obiektem mentalnym. Obiektem pojawiającym się w mojej świadomości w ten sam sposób, jak zaparkowane samochody na parkingu przez okno na które patrzyłem.

Uważam, że dotyczy to każdego cierpienia, którym się unieszczęśliwiamy. Choć część z was może się wzbraniać przed takim stwierdzeniem (przeważnie w stosunku do źródłem własnego cierpienia, co już omówiłem wyżej). Jest na przykład cierpienie pochodzące z rejonów rozmyślań egzystencjalnych, lub z rejonu posiadanych wartości. Mimo, że z mojego punktu widzenia nie wiele się różnią, to przyznam, że mogą wymagać specjalnego omówienia, na co przyjdzie jeszcze pora. Przejdźmy dalej.

"Moje przeżycie niemal nie zakończyło mojej egzystencji. Nagle mój cały świat został zniszczony."

Taki przykład to klasyczne rozbicie jaźni i wdarcie się entropii (zamęt informacyjny w psychice, okraszony emocjami). Wykorzystać to można, by poszukać prawdy i zacząć budować zdrową jaźń. Nic się nie kończy, żyje się dalej. Ludzie przechodzą pięć etapów "żałoby" (lub czasu po innych szokujących zdarzeniach): zaprzeczenie, gniew, targowanie się, depresje, a na końcu zawsze jest najbardziej konstruktywny etap czyli akceptacja. Najkorzystniej przejdź do niego od razu do tego, bo jedynie to nastawienie jest konstruktywne. Co się stało to się stało. Nie ma nic pewnego. Ludzie bardzo się utożsamiają ze swoją wizją siebie - bycia w jakimś układzie. Każdy ma jakieś rzeczy do przepracowania, by polepszyć swoją sytuację, ale nie zrobi tego tracąc czas na tkwienie w paraliżujących stanach i w kółko analizowaniu tego co było. Każdy problem to szansa dzięki której można dokonać ewolucji swojej psychiki. Ważne by tego nie zmarnować.

Cierpienie tworzymy w 99,9% my sami sobie. Są takie chwile po to by dokonać pewnych refleksji nauczyć się jak te sprawy realnie wyglądają np. między naszym szczęściem, a wydarzeniami życiowymi. Szansą by ukształtować nasze przekonania na realnej wiedzy, wyrzucić swoje śmieciowe wyobrażenia wciśnięte nam do głów przez społeczeństwo. Kryzysy to wspaniałe wydarzenia w naszym życiu. Cierpienie, które tak naprawdę cierpieniem nie jest, tylko szarpaniem się w życiowej (i mentalnej) wodzie jak topielec jest pozytywnym czynnikiem wzbogacającym naszą perspektywę wewnętrzną. Nauką pływania.

To o czym myślimy mówiąc o duchowości.

W tym wszystkim chodzi o wzmocnie funkcji metamyślenia, metakognitywnych. Wiedza jak to wszystko działa, przynajmniej mi pomaga lepiej operować na tym poziomie. Tylko, że to właśnie kwestia czy ktoś w ogóle potrafi zejść do takiego odczuwania, w którym może dostrzec niespójność percepcji, a tym samym uzyskać lepszą jej plastyczność. Tu jest ta subtelna różnica, między wiedzieć, a wiedzieć o której kiedyś wspominałem.

Podstawą jest by wyjść z perspektywy utożsamienia. Czasami efekt ten można wywołać spożytymi substancjami psychoaktywnymi (leki, narkotyki). Mózg może dostrzec wtedy, że dany wzorzec jest bez sensu i te zrozumienie zmienia wzorzec, trudna sprawa przestaje być problemem. Ja dalej mam różne wzorce emocjonalne nad którymi pracuje. To jest tylko kwestia dania sobie szansy. Ja w życiu miałem tyle sytuacji stresogennych i to ostro, że gdyby to o czym mówię nie działało to musiałbym być klinicznie martwy. Emocje sterują naszym życiem, ale każdy to może nawet sam przepracować.

Pracę nad sobą nikt za nas nie wykona, tylko my sami sobie możemy pomóc. Lecz z drugiej strony sam z siebie nic nie zrobi bo jest zamkniętym układem, trzeba do środka wpuścić nową informacje, poszerzyć perspektywę, by wyrwać się z poprzedniego kręgu. Ja paru osobom wytłumaczyłem pewne koncepcje i od tamtej pory sporo zmienili w swoich reakcjach, nie mówię, że dokonali drastycznej zmiany, bo to wymaga stałej pracy, a ja im tylko idee podsunąłem, ale nawet to potrafiło sporo zadziałać. Gdyby nikt z nimi tego nie przedyskutował to poszliby pewnie w stronę ezoteryki, albo religii, a przez byłoby bardzo nieciekawie.

Zamiast tego można zobaczyć co było nieracjonalne w naszych przekonaniach i wprowadziło nas w niechciany stan. Czasami przykre wydarzenie może nas wybić z drogi ku przepaści. Więc nie warto traktować przykrych zdarzeń z awersją.

Nie mogę nikomu przekazać swojej perspektywy, szczególnie, że osoby na około mieszają wszystko ze wszystkim, nie mają nawet podłożona mentalnego by rozmyślać na tematy, o których mowię. To, że nikt nie ponosi odpowiedzialności za cierpienia to jest tylko jedna strona medalu. Ta, która pozwala nam się uwolnić z więzów narzuconych z góry. Drugą stroną medalu jest to, że dalej podejmujemy sami wybory i one mają swoje konsekwencje. To jak postanowimy postrzegać daną sprawę też będzie miało konsekwencje.

Pytania o cierpienie i prawdę.

Mówiąc, że "nie da się wymyślić koła na nowo", miałem na myśli Buddę - 4 szlachetne prawdy. Buddyści na tym oparli swój system, lecz w rzeczywistości moim zdaniem jak się ogólnie zrozumie o co chodzi i potrafi się wprowadzić tą perspektywę, to sam system przestaje mieć znaczenie.

Analogia jest taka. Jak gra się w grę komputerową, to przeżywa się różne rzeczy, ale póki jest to rozrywka to nie ma w tej grze cierpienia. Są znaczki/parametry rozgrywki, ale one nie są cierpieniem. Jak ktoś się zaczyna utożsamiać z grą, to wtedy te znaczki/parametry stają się przyczyną jego cierpienia, losy bohatera są jego losami.

W życiu jest tak samo. Tylko trzeba sobie uświadomić, że nikt nie gra tej gry, ona jest po prostu rozgrywana. Z tej perspektywy, wszelkie bóle i emocje, są po prostu znaczkami. Co więcej są po prostu doświadczeniem, które nadaje złożoności i kolorów do tej gry.

Niektórzy trenują by być w tej grze dobrzy, inni trenują aby być zdystansowanym, jeszcze inni nadają jej jakieś znaczenia, kolejni wierzą w jakieś swoje blokady. Wariantów jest wiele. Cierpienie jest nieodłącznie związane z życiem. Z tym, że po rozpoznaniu szlachetnej prawdy z tego cierpienia nie zostaje wiele. Pójście tą "ścieżką" nie jest po to by unikać cierpienia, ale by wieść dobre życie w którym można utrzymać świadomość i nie rozdmuchiwać tej iluzji cierpienia.

W buddyzmie jest ścieżka mnicha i ścieżka świecka (np. by założyć rodzinę). Lecz tak naprawdę to tylko dekoracje, które sobie wybieramy. Znaczenie ma spokój umysłu, przez który może przebijać się życie. Ludzie przebudzeni to Transerferzy. Wiedzą co się dzieje i sterują swoimi halucynacjami, potrafiąc jednocześnie dość prawdy kiedy trzeba. Zawsze są na nią otwarci, ale nie ograniczają się tylko do niej, bo wtedy ciężko mówić o dobrym życiu. Jak się nie miało tyle szczęścia, by być radośnie głupim, to pozostaje ścieżka świadomości i zrozumienia.

Najpierw trzeba się uwolnić, zakosztować rzeczywistości, taką jaka ona jest. By potem podjąć konstruktywne zadania, które wiążą się z wiarą w siebie. Jesteśmy ludźmi, a nie świętymi krowami. Nie ma dla nas jakiejś prawdy absolutnej, ale są pragmatyczne właściwości, w których jest sens i wartość. Najpierw uczymy się tego na bazie czegoś, by móc się później już nie podpierać jakąś konkretną absolutną doktryną. Mamy zrozumienie na głębszym poziomie.

Wydarzanie się iluzji zawiera w sobie konieczność przyjęcia pewnych imperatywów. Cała reszta to plastyka percepcji. Jak się "ustawimy" tak mamy. Ja polecam spróbować tego o czym mówię. Tu nie ma żadnej ideologii, która mówiłaby, że coś musimy. Dla człowieka, który rozumie wirtualność życia, wszystko, każdy element doświadczenia jest prawdą absolutną "w pewnym sensie". Prawdą absolutną mówiącą, że nic nie jest absolutne, a prawda jest czynionym pozytywnym założeniem, dzięki któremu możemy po ludzku funkcjonować.

Życie ludzkie składa się z problemów, zniknie jeden to pojawi się drugi. W zasadzie nie chodzi wyłącznie o "rozwiązywanie" problemów, tylko o to jak sobie z nim "poradzić". Nasz umysł to układ stworzony do rozwiązywania problemów, dlatego będzie on zawsze doszukiwał się problemów. Takich czy innych. To wynika z jego natury w pierwszej kolejności. Celem tego było przetrwanie i adaptacja do środowiska. Kwestia taka, że poprzez własne rozrośnięcie się zaczął kierować się w stronę rzeczy mało przystających do niego i życia, robiąc z nich problemy. Kiedy zmieniamy percepcje możemy zobaczyć jak rzeczy wyglądają w naszym umyśle na prawdę, doświadczyć formy w jakiej są reprezentowane i prześwietlić ich pustkę. Ludzie zmagający się z jakąś wizją miesiącami, pod pływem medytacji w komorze deprywacyjnej nagle sobie wszystko układają, problemy ich znikają. Umysł musi się uelastycznić i odpuścić swoje własne idee.

Percepcja i analogie.

Nie ma naukowych określeń na przeżycia wewnętrzne, więc używamy metafor. W naszym ciele dzieją się procesy informatyczne, nasza świadomość to strumień danych. Modyfikując te dane wpływamyna percepcję. Jak to robić, zatrzymam tą wiedzę dla siebie. Choć to nie jest wiedza tajemna i magiczna. Grunt by została dobrze wykorzystana.

Mogę dać analogię do szachów, wszyscy mamy jakąś percepcje i ona w jakimś obrębie się zmienia u każdego - tak samo, każdy może przesuwać bierki po szachownicy według prostych reguł. Wszystko niby jest proste... lecz świadomość osoby, która dopiero nauczyła się grać jest znacznie inna od świadomości światowego arcymistrza szachowego. On zna niuanse gry i angażuje inaczej swój umysł. Naszym życiem steruje nieświadomość i nie jest to założenie tylko fakt. Świadomość jest czymś drobnym co koniuszkiem wyłania się z nieświadomości. Nie jesteś świadomy wszystkich procesów jakie się dzieją w twoim organiźmie, one wszystkie dzieją się automatycznie - nieświadomie. Nie jesteśmy też świadomi procesów odpowiedzialnych, za nasze świadome doświadczenie.

Człowiek jest istotą skrajnie subiektywną, lecz śmiem twierdzić, że te stany (medytacyjne, umiejętnej deprywacji) w jakiś sposób prowadzą nas do racjonalnego zachowywania się i zrozumienia. Dzieje się tak może dlatego, że wyłączają się mechanizmy obronne ego, a w świadomości i jaźni zaczyna być porządek informatyczny. Oczywiście jak to u człowieka bywa, często ubiera on swoje doświadczenia w mało racjonalne uzasadnienia. Lecz w moim odczuciu, dzieje się tak nie u ludzi, którzy praktykują lub po prostu mają tą jakość myślenia, ale u ludzi, którzy o tym od nich słyszą. Ci właśnie dopisują sobie własne wyobrażenia, a reszta to powtarza.

Dylemat psychofizjologiczny.


Jak piszę o tym, że to my generujemy cierpienie to mam właśnie na myśli, że robi to nasz umysł/mózg. Czyli nie jakieś "fakty" wywołują cierpienie, a my sami. Tylko ja odróżniam, ból i nieprzyjemności od cierpienia. Cierpienie jest wtedy, gdy jesteśmy utożsamieni i myślimy, że coś nas dotyka. To jest świadomość śpiącego. Faktycznie to też jest zależne od kondycji mózgu i tego co było w nim kodowane dotychczas, lub jakie ma podłoże genetyczno-rozwojowe. Tu nie chodzi o ulokowanie odpowiedzialności za cierpienia w człowieku, to chcą nam wmówić religie. Lecz już wiemy, że to nie prawda.

Problem


Problemem często staje się uświadomienie sobie faktu. Tylko porównywanie się do "każdego" i skoro nie można funkcjonować jak "każdy" to człowiek włącza sobie program nieszczęścia, wszystkie emocje i odczucia z tego wynikają, są tego konsekwencją. Jeśli takie historie wynikają z jakiegoś guza mózgu czy zaburzenia w produkcji neuroprzekaźników / funkcji nerwowych, to najpierw wymaga to zbadania. A jeśli się potwierdzi, to w grę wchodzi leczenie, a nie szukanie jakiegoś duchowego rozwiązania.

Nietzsche o szczęściu.


"Jeżeli szczęście, jeżeli gonitwa za nowym szczęściem w jakimś sensie jest tym, co żyjących trzyma przy życiu i pcha do życia, to spośród filozofów najwięcej racji ma bodaj cynik: szczęście zwierzęcia, cynika doskonałego, jest żywym dowodem słuszności cynizmu. Najmniejsze szczęście, jeśli tylko trwa nieprzerwanie i uszczęśliwia, to bez porównania więcej szczęścia niż szczęście największe, które zjawia się tylko jako epizod, poniekąd jak kaprys, szalony wybryk pośród morza zniechęcenia, niedosytu i wyrzeczeń. Przy najmniejszym i przy największym szczęściu zaś istotą szczęścia jest zawsze jedno i to samo: umiejętność zapomnienia albo, mówiąc uczenie, zdolność odczuwania na sposób ahistoryczny, dopóki szczęście trwa. Kto nie umie przysiąść na progu chwili, puszczając całą przeszłość w niepamięć, kto nie jest zdolny trwać w miejscu jak bogini zwycięstwa, nie doznając zawrotu głowy ani lęku, ten nigdy nie dowie się, czym jest szczęście, a co gorsza nie uczyni nigdy nic, co uszczęśliwia innych."


"szczęście jest kobietą"


Interpretacje.

Nie da się ukryć dwóch faktów [o których mówi ostatni cytat]:
1) Jesteśmy istotami biologicznymi
2) Kwestia interpretacja należy do nas. (szczególnie każdego z nas z osobna)

Te kwestie łączą się ze sobą, ale się nie warunkują. Człowiek ma tu pewną dowolność. Jeśli ktoś napisał, że świadomość czegoś wywołała w nim cierpienie. To z pozycji człowieka kumatego, na przykład Nietzschego oczywistym jest to, że nie ma to nic wspólnego z biologią, a z jej interpretacją.

Przez długi czas na pulpicie miałem obraz człowieka, który maluje będąc niewidomym. Oślepł mając kilkanaście lat czyli był dobrze zakorzeniony w świecie wizualnym. Można powiedzieć, że stracił cały świat, który najlepiej znał. Mimo to się nie załamał i odkrył sposób na prowadzenie satysfakcjonującego życia. Oczywiście są też niewidomi, którzy wpadają w depresję i już z niej nie wychodzą, albo prowadzą dalej życie warzywka. Wszystko zależy od człowieka i jego interpretacji. Fakty o naszej biologii są bez znaczenia. Bo to nie z nich wynika sens, my ten sens dopiero im nadajemy. Człowiek trzymający się jakiejś struktury nieadaptatywnej sam sobie wyrządza krzywdę, choć może nie chcieć się do tego przyznać.

Oczywiście są pewne ograniczenia wynikające z samej biologi. Ktoś doznaje jakiegoś urazu mózgu i nie jest wstanie pojąć jakiś związków przyczynowo-skutkowych, albo na jego nastrój wpływa zaburzona gospodarka neuroprzekaźników. Tą perspektywę o której mówię też nie można przejąć, czytając posty na internecie, trzeba ją sobie wypracować zgodnie z naszą wiedzą o neuroplastyczności mózgu. Dlatego to o czym mówię nie jest dostępne dla każdego. Co nie znaczy to, że nie jest dostępne dla człowieka jako takiego.

Biologia nie jest przyczyną "cierpienia". Cierpienie wywołuje interpretacja na własny temat. Biologia to tak jakby hardwere, a interpretacja to analogicznie softwere. Są to nierozłączne rzeczy (informacja potrzebuje nośnika), ale nie są to rzeczy tożsame ze sobą.


W poszukiwaniu metody.

Metody powinna być dowiedziona naukowo i musi minąć trochę czasu, aż dana metoda, będzie zbadana przez niezależne instytuty. Nawet, gdy ktoś nam mówi, że coś działa, ale nie ma takiego potwierdzenia to zachowałbym jednak rezerwę. W zasadzie mamy ogromną już wiedzę o człowieku, tylko problem w tym, że nie jest ona zebrana w konkretne wnioski i dostępna jest raczej wąskiej grupie ludzi ze względu na to, że jest specjalistyczna (wymaga obróbki) i właśnie na jej objętość i popularność.

Jest jeszcze kwestia taka, że przeważnie dobrze działają rzeczy proste, które zwykliśmy olewać jako nie-magiczne, nie-święte, nie-ekscytujące, czy cokolwiek, dopiero pod wpływem guru, ktoś zaczyna dbać o dietę i o kondycję - ale efekt przypisuje już jakiejś szczególnej technice, czy systemowi.

Niektóre rzeczy nie wymagają potwierdzenia, bo nie są jakimś odkryciem tylko np. zestawieniem różnych rzeczy, które swoje działanie już udowodniły. Kwestia tylko odpowiedniego wcielenia je w życie. Nie dowiemy się co może medytacja, tylko o niej rozmawiając.

Poradzić sobie można na bardzo różne sposoby. Po prostu wybieramy wariant dla siebie. Jeśli chodzi o filozofie nawiązujące do stylu życia, to moim zdaniem jest wiele odmiennych systemów, które mogą działać równie dobrze, ale jest pewien warunek. Trzeba się dowiedzieć na czym polega spójność tej metody i umieć ją wdrożyć. Często osoby skaczą po systemach, co w kwestii orientacji może nie jest złe, ale nie zajdą daleko, nie zrobią zdecydowanych postępów. Będą się rozbijać o lingwistykę.

Opis mechanizmu psychicznego.

Obecnie mamy sporo modeli psychologicznych, więc możemy się przyjrzeć emocjom i innym psychicznym elementom pod różnym kątem. To co ja często spotykam na forach to problem zamętu myślowego/emocjonalnego - dysonansu poznawczego - lub jak kto woli entropii psychicznej (lubię ostatnie określenie jako najbardziej techniczne). Ten ostatni dotyczy teorii przepływu, która ogromnie wpłynęła na moje postrzega i pozwoliła poradzić sobie z wieloma rzeczami. Chodzi o to, że nasza jaźń, to system nastawiony na cele. Te cele mogą być np. poukładane w wartości. Póki wszystko dzieje się po naszej myśli to mamy przepływ psychiczny. Jeśli zdarzy się coś nieoczekiwanego sprzecznego z naszymi celami, to w jaźni/świadomości dochodzi do chaosu zdrowa psychika ma wypracowane metody radzenia sobie z entropią np. ma zdolność rozwiązywania problemów - to nic innego jak zdolność uporządkowania swoich myśli i świadomości koncentrując się na odpowiednich konstruktywnych rzeczach. Potrafimy wybrać z sytuacji odpowiednie elementy, połączyć z tym co znamy i dokonując kolejnych działań przezwyciężyć trudność, wprowadzając do świadomości ponownie porządek. W zasadzie elementy burzenia jaźni i jej odbudowywania dzieją się cały czas, jeśli dobrze przeprowadzamy te procesy, to stajemy się bardziej złożeni i dojrzali. Jeśli nie to dochodzi do regresji, psucia się systemu. I tak jest z wieloma kryzysami - ktoś jakoś sobie poukładał życie - a nagle dowiedział się, że element rzeczywistości nie współgra z jego celami. Jeśli człowiek będzie się na tym skupiał to będzie systematycznie rozbijał jaźń i wprowadzał do świadomości większy zamęt. Możemy też rozważyć inną ewentualność w której komuś dzięki jakiemuś myśleniu udało się z powrotem zaprowadzić jakiś poziom porządku, ale konstrukt który powstał jest ograniczający i opiera się tylko na powtarzaniu, a nie na transgresji, wtedy jaźń się nie rozwija, a człowiek stoi w miejscu. No, a jakie jest najlepsze rozwiązanie? Trzeba przewartościować swoje przekonania i na ich miejsce wprowadzić działanie nastawione na rozwój, czyli trzeba sobie stworzyć nową dobrą przyszłość. W tym modelu nie kładzie się nacisku na emocje, bo one są czymś towarzyszącym. Pozytywne emocje pomagają w integracji, negatywne emocje pomagają w rozwoju złożoności (jeśli odpowiednio się ukierunkujemy).

Skuteczność poszczególnych metod ma związek z tym jak ktoś ma zbudowaną jaźń. W każdym razie mechanizm jest wciąż taki sam. Różnić się może rodzaj informacji i sposób jej podania. Choć wiemy już na tyle dużo, że pewnie można byłoby szybko i sprawnie wypracowywać rzeczy oparte na dowodach. Hamulcem w tych kwestiach są zwyczajnie przestarzałe memy, które rywalizują z naukowym podejściem. Nie da się ich od tak wyeliminować ze społeczeństwa. Czyli ciemnogród jest jak na razie naszym przeznaczeniem. Zresztą w tym miejscu tworzy się wiele pytań na które nie mamy odpowiedzi, kierujemy się zdrowym rozsądkiem, ale i tak nie wiemy gdzie by to nas dalej poprowadziło, gdyby stało się realne. Takie przemyślenia w dalszym ciągu modyfikują mój "kod źródłowy". Pewnych poglądów nie miałem okazji zmienić od lat, ale na rzeczy dookoła staję się coraz bardziej otwarty i zarazem uważny. Taki proces jest na razie niekompatybilny ze społeczeństwem, które chce wiedzieć na szybko, już teraz i z całą pewnością, żeby wiedzieć "kto jest swój, a kto nie swój".

Ostatnich postów nie kopiowałem, bo istotny był kontekst.

Wróć do „Świadomość”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 11 gości