Zaczynam dochodzić do wniosku, ze cały "problem" bierze się z ego, które potrzebuje znać odpowiedz na każde pytanie. Po co to robi? może chce mieć wszystko dobrze poukładane, bo chce mieć wszystko pod kontrolą, a powodem tego jest nieuświadomiony strach przed nieznanym, a tym nieznanym, niezrozumianym i strasznym przeciwnikiem jest... życie

Wbrew temu jak nazywa się ten temat ja nie poszukuje szczęścia i zdaje sobie sprawę z tego, że brak poszukiwania jego jest właśnie nim

Czego nie wolno mylić z nieświadomym życiem, przepełnionym ślepym działaniem w imieniu ego. Utworzyłem ten post ponieważ nie mogłem pogodzić się z tym do czego doszedłem, a mianowicie, że wszystko co zewnętrzne i w pewnym sensie wewnętrzne (myśli, emocje) jest czysto materialne, że wszystko podlega pewnym prawom, że każda nasza działalność jest skutkiem jakiejś przyczyny, że być może nie istnieje coś takiego jak wolna wola. Nie dawało mi to spokoju, przestałem widzieć sens w dążeniu do czegokolwiek. Kiedy robisz w życiu coś co myślisz, że wypływa z Ciebie, z Twojego wyjątkowego, niepowtarzalnego duchowego wnętrza i daje Ci to wielką radość, a potem uświadamiasz sobie, że to tak naprawdę nie jesteś Ty, że wszystko to skutek jakichś procesów chemicznych i psychologicznych w Twoim mózgu, że to co nazywasz szczęściem jest aż do bólu zwyczajnym odczuciem, to może zdarzyć się tak, że tracisz zainteresowanie tą rzeczą, ostatecznie nie widzisz sensu w niczym, nie wiesz po co żyjesz. I tak własnie ja miałem. Louii piszesz o tym, że świat duchowy wpływa na ten fizyczny, a ja to widzę tak, że duchowość wyswobadza nas z destrukcyjnego mechanizmów umysłu, które często są odpowiedzialne za nieprawidłowe funkcjonowanie systemu mózg - ciało, a wiec nie jest to wpływ bezpośredni, a jest to jakby skutkiem ubocznym duchowości

A ja chciałbym wierzyć, że jest coś więcej co stoi za na przykład posiadaniem marzeń, spełnianiu się w swojej pasji, tworzeniu wyjątkowych rzeczy itp. zamiast widzieć tylko przyczynę i skutek, które wynikają z czegoś zupełnie materialnego, bo przecież ostatecznie nasze myśli i emocje są również materialne, ale... czy to źle, czy to jest mało?
Chyba zaczynam odpuszczać, czuje że pojawia się we mnie wewnętrzna zgoda na to co wydawało się być niemożliwym do zaakceptowania, bo jak to świetnie ujęłaś Louii "nawet jeśli wszystko jest iluzją, i tak na prawdę jesteśmy tylko mieszaniną kolejno postępujących po sobie przemian chemicznych, to czy i tak nie lepiej być wiecznie szczęśliwą iluzją (dzięki medytacji i rozwojowi) niż iluzją która jest skazana na wciąż te same schematy?". Nie widzę innej drogi niż tylko pogodzić się z tym, ale o dziwo czuję się z tym dobrze. Ok, uznajmy, że życie jest super skomplikowanym algorytmem, procesem chemicznym, czy czymkolwiek innym, ale mi to chyba nawet pasuje

to zresztą mało powiedziane, bo ja lubię się w nim zanurzać, być jego częścią i jednocześnie być jego świadomym obserwatorem. Może i jest tak, że za tym wszystkim stoi instynkt przetrwania, jakieś uwarunkowania czy cokolwiek co mogłoby wpływać na moje działanie, to jednak nie mogę zaprzeczyć, że to wszystko jest! że ja jestem, że widzę, czuję, oddycham, że inni tez żyją, że mogę doświadczać tych wszystkich wspaniałych rzeczy, ludzi, zdarzeń, bo takie one właśnie są, bo życie jest cudem! I nie warto o nim myśleć, analizować, jeżeli to nas od tego życia jedynie oddziela, to właśnie zaczynam powoli rozumieć, bo czy można lepiej je poznać i zrozumieć jak po prostu nim żyjąc, będąc jego częścią, jednocześnie będąc świadomym, nie ulegając schematom rządzącym światem, tym co podpowiada nam ego itd. To dziwne, bo teraz nie widzę żadnego problemu, jest jak jest, jestem tym kim jestem, nie przeszkadza mi nawet materialność tego świata, właściwie to nie mogę się nadziwić jaka jest wspaniała! Dziwne rzeczy, nie wiem co jest grane, może to dzięki medytacji? wszystko jest bardziej żywe i równocześnie ma w sobie jakiś spokój! a wiecie co jest w tym najlepsze? ze to jest, takie jakie jest, po prostu, jakaś subtelna energia, której jestem świadom powoduje, że odnajduje ten spokój również w sobie, albo na odwrót, dzięki medytacji odkrywam ten wymiar w sobie i dzięki temu również na zewnątrz w innych osobach, rzeczach, w patrzeniu na gałęzie drzewa poruszane przez wiatr, niesamowite.
Więc Może to wszystko przez świadomość, która zagubiła się w swoim umyśle, za dużo interpretacji, przez które pomijam to coś czego nie ma potrzeby wyjaśniać, wystarczy, że to jest

Nie wiem, może to medytacja zaczyna naprawdę działać, czy o tym mówiłeś Prometeusz?
Naprawdę ciesze się, że napisałem tutaj o tym i dziękuje Wam za chęć pomocy. Pozdrawiam
